czwartek, 15 stycznia 2009

Bóg schodzi z nieba... w Krakowie

Sacrum Profanum, Kraków, ??.??.09, 20:00, Thom, Jony, Colin, Ed, Phil, Everythng in it's right place. Szukajcie\czekajcie a znajdziecie.




Szadi

niedziela, 21 grudnia 2008

Róża zwycięstwa...

Nie w każdy dzień jest to możliwe. Nie kazdy może to zrobić. Do tego jest potrzebne wiele rzeczy a przede wszystkim wiara, wrażliwość i samotność. Przedwczoraj mi się udało. Od rana wiedziałem że dzień nie będzie łatwy. Nużąca praca, usypiająca pogoda, męczące wykłady. Nawet na pozornie relaksujące spotkanie ze znajomymi się człowiekowi nie chce iść. Poszedłem, a co. Wychodzę z klubu po paru chmielowych godzinach, zmęczony, znużony, bez specjalnego powodu jakiś przygnębiony. Słuchawki na uszy, włączam jedyną płytę jaką można o takiej porze i w takiej sytuacji włączyć i rozpoczynam swoją niełatwą i długą drogę w stronę domu. Idę przez zatłoczone, nigdy nie śpiące miasto. Pada śnieg. Skręcam w pustą, opuszczona alejkę, śnieg ląduje mi na nos. Tysiąc razy przesłuchana płyta, tego dnia brzmiała inaczej. Całkowicie inaczej. Dookoła nikogo nie było. Tylko ja, śnieg i noc. I Takk. Śnieg zaczął uderzać w mój nos niczym w cymbałki. Usłyszałem szepty. Kroki po śniegu. Przecież dookoła nikogo nie było! Niepewność. Idę dalej, śnieg pada bardziej. Znowu szepty. Śnieg. Małe istoty mieszkających w jego płatkach. Chcieli mi coś pokazać. Już od dawna. Teraz przyszła na to pora. Jak to?! Przecież…Ale… „Nic nie mów, słuchaj…” Śpiew. Poczułem, że przejmują kontrolę nade mną. Nie do końca panowałem nad myślami, ruchami, krokiem. Zaczęli przejmować moje ciało. Zbliżało się coś, nie do końca wiedziałem co. Dreszcze. To były ostatnie kroki po ziemi. Sorglega 3:21. Nagle. Drgania. Moje czy ziemi? Niewidzialne schody. Drgania. Dreszcze!. Ciało przybrało wagę ducha...Zamknięte oczy za którymi widzę oddalające się budynki. Nieludzki śpiew, nieludzkie instrumenty, nieludzkie odczucia… Ziemia, jest bardzo mała…a Islandia olbrzymia. Największa…

Ocknąłem się przed domem. Nie wiem jak, ale kraina śniegu wie. Takk- oni wiedzą…




S.

środa, 10 grudnia 2008

Fisz - Heavi Metal

Ta płyta nie jest dobra, męczyłem się straszliwie słuchając jej , Fisz popełnił muzyczne samobójstwo, a ja się czułem jakbym namydlił sobie oczy mydłem , tanim mydłem i na dodatek zrobił to świadomie.

Mam wrażenie ze Fish  chce odskoczyć trochę od typowego hip hopu, ale coś mu się noga podwinęła,powrót do starej szkoły Hip hopu ? jak można powrócić gdzieś, gdzie się nigdy nie było ?.Być może dla przeciętnego polskiego amatora tego typu brzmień  będzie to zagranie warte uwagi, ale nie dla mnie, czuć tutaj amatorszczyznę , i boję się myśleć o tej płycie w kategoriach europejskich bo  mi się śmiać chce, "na Polskę bardzo dobra płyta" , jak widać polakom do szczęście niewiele potrzeba.
Drażnią mnie w tle beatu dzwięki rodem z "fruity loopa"  , do tego Fish ,który  wykonuje buzią zabieg który trudno określić, on wylicza ?? bo to dokładnie brzmi jak wyliczanka w przedszkolu, Fisz prekursorem
"Wyliczanko-rapu"  , niebawem nie będzie wojen na rymy tylko " wyzwiska na wyliczanki".
Uważałem Fisza za jednego z poważniejszych artystów w Polsce, myliłem się, bo ta płyta pokazała że jego potencjał i pomysły definitywnie się skończyły, dodam jeszcze że trzeba być totalnym idiotą żeby uznać ten twór "płyta roku" tak jak często się to dzieje na  portalach muzycznych , można ją oczywiście kupić i zastosować w inny sposób, np z takiej płyty zrobić balkonowy odstraszacz gołębi żeby nie srały na kafelki, albo otworzyć nią piwo,

1, 2 , 3, Tap-cza-ny...

poniedziałek, 8 grudnia 2008

The Go Find - Stars on the wall

Mam wiele płyt do których wracam na okrągło, czuję się jak płotka złowiona na wielkim sentymentalnym połowie, z jednej strony jest to miłe, ale z drugiej smutne bo mam wrażenie że rok w rok budzę się w tym samym miejscu, moja twarz wygląda tak samo, lustro brudne jak zawsze,tylko jakoś dziwnie mam ręce pomarszczone.
Na zimowe dnie które zazwyczaj kończą się dosyć szybko, na spacery czy nawet patrzenie się w okno, bratnią duszą mogą być koledzy z The go find, koledzy bardzo ciepli i wyrozumiali

Stars on the wall to kojąca propozycja na dobijający okres pełen huśtawek emocjonalnych i rozterek wszelakiego rodzaju, zwodzić was na pewno będzie bardzo delikatny głos wokalisty , ale skoro mnie on nie przeszkadza, wam tym bardziej nie powinien. Mocną stroną tego krążka jest spora dawka łagodnych elektronicznych dzwięków połączonych z przyjemnymi dla ucha gitarowymi wstawkami ,na pierwszy rzut ucha dosyć naiwnymi, błahymi i lekkimi, ale nie mowa tutaj o czymś iście diabelskim jeśli chodzi o muzyczne kompozycje, tylko łagodne pioseneczki, które bez oporu przejdą przez ucho i nie koniecznie zostaną  zapomniane, uwierzcie że tak się nie stanie.Ten krążek to mała popowa odskocznia, zrelaksujmy się, napijmy czegoś gorącego, np "kakała" i podumajmy sobie, czy św mikołaj istnieje, co mi przyniesie, i czy Bożenka doda mnie do znajomych na naszej klasie.
 


Tapczan


poniedziałek, 24 listopada 2008

Co nieco o metalu

Tak, Twoja interpretacja jest właściwa...




Szadi

niedziela, 23 listopada 2008

Caravan Palace

Zakochałem się ostatnio. I to bezgranicznie. To uczucie odjęło mi lat do tego stopnia, że placzę po nocach z myślą, iż moja wielka miłość nie jest nawet świadoma mojej egzystencji. Takim moim Bravo'owym Billim z Tokyo Hotel jest Colotis Zoe. Kocham ją za to jej głos, za jej urodę, za jej ruchy, za jej zatkany palcami nos i styl ubierania się. I za to, że śpiewa w Caravan Palace, zespole będącym najlepszym dowodem na to, że MySpace jest nie tylko rejestrem ludzi zarażonych lansem ale i niewyczeprującą się kopalnią: a)dobrej, b)bardzo dobrej, c) wspaniałej muzyki. Zoe mieszka w odpowiedzi C.
Gęsty bicior dyskotekowy kojarzył mi się do tej pory tylko dwuznacznie-źle. Albo Madonna wymachuje celulitisem przed kamerą, albo łyse pały robią patrol autem taty po osiedlu. A tu nagle Colotis, pokazała mi, że ten bit ma w drugie dno, że da sie go wykorzystać, że on ma w sobie potencjał. Oglądaliscie ten musical Chicago? Ja też nie, ale słyszałem jakies tam melodyki z niego i wyobraźcie sobie że do tego całego skrzypeczko-chórko-sexo-klarnetowego mixu 1930 dodamy gęsty-elo-mocny-bass bit 2000. Przyprawmy to gracją, lekką elektroniką i hisotrycznymi strojami, posypmy francuzkim pochodzeniem, zapijmy to marsyliańskim winem a otrzymamy ucztę bardziej niż królewską. I nim się obejrzycie, główka będzie chodzić w górę i w dół. Panie i panowie, oto nowy gatunek muzyczny: electro swing! Delektować się do woli... ale Colotis zostawcie dla mnie <3
$zAd!

sobota, 15 listopada 2008

Pustki - Koniec kryzysu

Polska muzyka to pustki, dosłownie i w przenośni, mało kto wie jak brzmi Polska muzyka, i czy Polska muzyka w ogóle istnieje, a jeśli istnieje to jak długo i jaki ma kolor..szary ?
Koniec kryzysu brzmi jak wybawienie, odrodzenie wręcz, kryzysu już nie ma, nadeszły pustki
Fenomen Pustek polega na  skromności, koncertowali za granicą nie raz nie dwa, i o dziwo się tym nie chwalili, nie mówiąc tutaj o chłopakach z Myslovitz którzy znieśli fioletowe jajo z radości że mogli zagrać na ziemi obcej , Pustkami nie targają wiatry zachodu, wiatry urodzaju, grają tutaj, grają swoje, chwała im za to .
Koniec kryzysu to kawał dobrej roboty, i pod względem muzycznym i tekstowym co graniczy w przypadku polaków z cudem,pustki to zespół który wie czym jest sztuka i wie jak nią operować,teksty śpiewane Stanisława Wyspiańskiego ku wielkiemu zaskoczeniu wyszły wyśmienicie, oddana cała ekspresja, nastrój, Pustki to kultura w dobie kiczu, obok której nie można przejść obojętnie.
Dla dociekliwych nie małe zaskoczenie odnośnie samej piosenki "Koniec kryzysu" , otóż została ona wydana na składance upamiętniającej "Joy Division" , zbudowana na bazie "Passover" opowiadająca o  beznadziei egzystencjalnej i samotności, oddająca w pełni klimat wersji pierwotnej, z całego grona artystów jako jedyni nagrali "swoją" piosenkę
Koniec kryzysu nastał, dzięki tej płycie,"Awarii" nie było.

Tapczan






czwartek, 13 listopada 2008

citizen Cope -The Clarence Greenwood Recordings

Jest naiwnie, jest nijak.
Fałsz tej płyty bije na kolana, leje nas po żebrach, kuje palcami po oczach.
Dziwna moda się zrodziła , nagle każdy chce grać pseudo funka, pseudo jamajkę, pseudo rap, nietrafny zabieg.
Ale trafny dla przeciętnego słuchacza, który skupia się na  ładnym refreniku, i żeby pan który śpiewa miał ładne ząbki i ładne oczka, reszta się nie liczy , tutaj nie gra żadnej roli  przekaz, prawdziwośc, nie liczą się uczucia,w taki sposob napędzie sie machine która nabiera rozmachu, i nabiera rozmachu na tyle na ile jej pozwalamy, a niestety pozwalamy, nawet nieświadomie.
Słuchając tej płyty czułem się jak by mnie ktoś gwałcił, katował, zmuszał do picia mleka, robiło mi się mdło , a na koniec zwymiotowałem.
Jeśli preferujecie hiciory rodem z MTV w stylu "Dido" ( nie myllić z Dildo ) pomieszane z "Shagim" to zachęcam.

Tapczanek aka Andrzej aka Ja



sobota, 8 listopada 2008

Maria Peszek- Maria awaria

Pamiętam jak dziś dzień, gdy odpaliłem Miastomanie. Ta sielanka, zabawa słowem, dźwiękiem, głosem, i to z Polski! Nie! To niemożliwe! Zauroczyłem się w tej muzyce na długo a do Peszkowej przyczepiłem karteczkę " przedstawicielka najwyższej klasy muzycznej w Polsce- więcej takich proszę". A nowa płyta ma tytuł Maria Awaria i ten tytuł tu pasuje jak mało kiedy.
Na Miastomanii była taka piosenka: "Nie mam czasu na seks". To było coś! Polskie usta śpiewają o seksie tak bezpośrednio, tak prosto. Zabieg genialny, biorąc pod uwagę zacofanie polskiej mentalności do spraw intymnych. Wreszcie ktoś się przełamał. Oprócz tego, Miastomiania grzeszyła naprawdę wyśmienitą stroną muzyczną, wszystkie gitary, kontrabasy cymbałki, organki były nagrane tak spontanicznie, że aż cudownie. Chcąc nagrać nową płytę, do studia muzycy weszli Ci sami, z tym samym dobrym pomysłem w głowie. Niestety w głowie Marysi wchodzącej do studia nie było już tak dobrego materiału jaki był tam kiedyś. Pani Marii zachciało się śpiewać o seksie. Tylko o seksie. O napletkach, owłosieniach łonowych i miłości oralnej. Pomysł- prawie ciekawy. Zrealizowanie- prawie udane. Prawie przez duże „P”. Awaria to wyśmienity przykład tego, że tekst na płycie jest równie ważny jak melodia. Bo gdyby Marysia zaśpiewała tu np. teksty ze starej płyty, wszystko było by super. Gdyby dała ( no niech przeboleje) nawet 3,4 piosenki o seksie, wszystko byłoby super. Ale ja odpalam płytę, kawałek HUJawiak i słyszę ” Poliż mnie, i'm polish, (…) Puk puk, fuck fuck, fuck you, how do you do?” What the fuck? Ani to śmieszne, ani erotyczne, ani nie jest to szczytem poezji śpiewanej. Choćby potem miała zaśpiewać nawet Bjork, utwór jest dla mnie przegrany. Czemu? Bo takie „rymy” mogą sobie pisać na ławce gimnazjaliści z nudów a nie szanowany muzyk z najwyższej półki. Sokół i Pono z dobrego rapu przerzucili się na „brać Cię w aucie”, Peszkowa na napletki. Tym sposobem została niedawno zrównana w ankiecie z Dodą, z zapytaniem która z nich to większa skandalistka. Czy o to chodziło? Wątpię…


Szadi_penis

środa, 5 listopada 2008

Animal Collective - Water Curses

Zwierzęca kolektywa, dziwne zestawienie , Truskawkowym dżemem już w twarz dostałem i do teraz się wycieram , dalej się jakoś dziwnie kleje i czuję dosyć nieswojo.
Water Curses i pytanie co tym razem , utopią mnie ?.
Te 4 propozycje Pandy B. i kolegów to podróż w stylu "Steve Zissou" w żółtym podwodnym statku , kiedy to powoli podziwiamy wszystko co przepływa obok nas aż z zachwytu spada nam czerwona czapeczka, chcemy się posunać trochę dalej i wskoczyć w głąb i obcować z podwodnymi stworzeniami, i nigdy tej przygody nie kończyć.
Ale kończymy , i to po 17 minutach.

Tapczan

poniedziałek, 3 listopada 2008

Jefferson Airplane - Surrealistic Pillow

Goniłeś kiedyś królika ? na dodatek białego ? , pewnie nie raz nie dwa,królika goniła nawet Alicja i to przez niego się tak wkopała. Biały królik to synonim tragizmu ,pewna beznadziejna prawidłowość, mogło by się nawet wydawać że droga bez wyjścia i bez końca.
Surrealistic Pillow to pozcja obowiązkowa, jej magia polega na niesamowitym odczuciu słuchania, mogło by się wydawać że coś wpędza nas w wir, jakbyśmy lizali "zappa" oczyma a nie językiem, scenariusz przeciętnego hednonisty lat 60 , fioletowo niebieskie chodniki, i czerwony dym do okoła nas, topiące sie zegarki symbolizujące aczasowość,do okoła mnie rosną niebieskie grzyby, dlaczego wszyscy się smieją ? i chodzą do góry nogami ? .Ta płyta powstała po części poprzez inspiracje "Alicji w krainie czarów" i to dodaje tej płycie neisamowitego smaku, psychodeliczność tej płyty jest zabójcza, przytulmy sie do naszej surrealistycznej poduszki dajmy sie ponieść naszej fantazji, nie bójmy się wpaść do króliczej nory, a rano powtórzmy sobie " że to był tylko sen"

Tapczan

niedziela, 2 listopada 2008

Jazz Liberatorz- Clin d'oeil

Nie jestem wielkim fanem rapu, ale miewam takie momenty że po niego sięgam a kiedy już sięgam, musi to być co naprawdę wytrawnego, z najwyższej pólki. Takim własnie wysoko-półkowym produktem jest Clin d'oeil.
Jazzlibz to trio pochodzące z Francji a ich główną inpsiracją w świecie rapu jest jazz- i to jest w tej płycie najlepsze! Co więcej cała płyta jest pewnego rodzaju pokłonem, oddanym w stronę jazzu, jego najwiekszych przedstawicieli. I tak na płycie prócz dobrych kawałków rapowych z jazzowym samplem, znajdziemy instrumentale ( tą płytę warto przesłuchać dla samego intra- jest mistrzowskie!) czy pewnego rodzaju interlude'y w których różni muzycy wypowiadają się na temat jazzu. A są to wypowiedzi naprawdę ciekawe, szczere, takie ciepłe, aż się chce człowiekowi zaraz odpalić jakiegoś Miles'a Davis'a :) Jak to bywa na rap płytach jest tu gości tyle co piosenek. I tak śpiewają panowie ( Asheru, Fatlip, Tableek) i panie (Apani B Fly Emcee, Lizz Fields, Stacy Epps). Cały rap na tej płycie to eleganckie utwory z eleganckimi tekstami i eleganckim bitem. Nie ma chrypy i dziwek.
Więc nie ważne czy lubisz rap czy nie, to jest płyta dla każdego, bo jest naprawdę dooooobra! (argument najwższej klasy). Yo



Szadi

niedziela, 28 września 2008

Kiedyś...a dziś





Wszystko co stare jest dobre, stare auta, stare wino, nawet ser jak jest spleśniały to jest podobno lepszy, jedni nawet wolą starsze kobiety... ale to ich sprawa.
Z muzyką jest tak samo, z pewnym czasem artyści zaczynają być doceniani bardziej niż kiedyś, nowe pokolenia odkrywają na nowo zakurzone winyle rodziców, dowiadują się jak to kiedyś wyglądały koncerty, i ile heroiny i alkoholu potrafili w siebie zaaplikować muzycy i co najlepsze, wyjść na scenę i zaśpiewać.
Wszystko wygląda na pozór ładnie, ale do czasu.
Praktycznie ciągle słyszymy nowinki o reaktywacji kogoś , nie mówię tutaj o The Police bo ci panowie dla pieniążków zrobią wszystko,ale Led Zeppelin, Velvet Underground,The Stooges, i The Doors ale pod inna nazwa "the Doors of 21 Century", pytanie tylko..poco to ?
Ray Manzarek z Kriegerem znaleźli pana z The Cult, zapuścili mu włosy, troszkę je podkręcili i ubrali w koszule i obcisłe gatki, na szczęście nie w skórzane.
Zaplanowali trasę koncertową, nawet zawitali do polski, po 30 latach w Końcu ogarnęli wzrokiem jak wygląda kraina skąd pochodzą ich przodkowie, ale sporo nie zobaczyli bo warszawa się nie liczy.
Koncerty wyglądały tak jak szacowne 30 lat temu, a przynajmniej miały przypominać, dywanik, mikrofon syntezator, mala sala i mrok. Brakowało pijaństwa Jima, rozrób na koncercie, spontaniczności.
Przeszłości nigdy się nie odwzoruje, młodość też ma się tylko jedną, nie wiem jak inni, ale ja szczerze mówiąc nie poszedł bym na tego typu koncert, na koncert moich idoli którymi niewątpliwie są The doors , mam ich dobry obraz w pamięci, jak byli młodzi i pełni energii, nie chciał bym na nich patrzeć dzisiaj, tutaj już nie ma magii, nie ma tego głosu Jima, cały urok polega na ponadczasowości o której tak wielce mówili a teraz się z tego nie wywiązują.
W magazynie "Teraz Rock" pewien pan pisał że ten koncert w Polsce wypadł "nieźle" pytanie tylko pod jakim kątem wypadł nieźle, organizacji ? nagłośnienia ? czy może fajnie grali ? z tego co mogłem zobaczyć to wyglądało dość żenująco, zrobiło mi się naprawdę smutno.
Jak już wspominałem lider The Cult za wszelka cenę chce być jak Morrison, i to jest naprawdę żenujące, "Teraz Rock" stwierdził ze Głos Iana przypominał Morrisona i ze piosenki brzmiały podobnie. Zaimponował mi jedynie Paul Densmore, perkusista oryginalnych Doorsów, jako jedyny potępił pomysł Manzarka i jako jedyny uznał ten pomysł za idiotyczny i miał racje, dlatego ze kult Jima żyje, nie trzeba na siłę przypominać o swoim istnieniu, to tylko pogarsza sprawę, ta sytuacja jest o tyle dziwna ze Morrison nie bardzo przepadał za Densmorem.
Tak wiec nie pozostaje nic innego jak pszukiwac sobowtórów Hendrixa, Joplin i Briana Jonesa, ładnie ich ubierzmy, i zróbmy show, tak jak 30 lat temu .The Doors byli mięsożercami w epoce wegetariańskiego rocka, szamanizm Jima, i ciepło Południa, takich ich chce pamiętać.


Tapczan

czwartek, 25 września 2008

Takie tam # 1

  • Radiohead ogłosili, że pracoują nad nowym albumem! Co więcej, stwierdzili, że dawno tak dobrze się im nie tworzyło i pracowało i pisało i woooww! Podobną nowinkę ogłosili także Gorillaz, zaprzeczając przy okazji wszelkie plotki o rozpadzie grupy. Płyta ma się pojawić na Marzec' 09. Tylko czekać pozostaje!

  • HEY rozpoczyna tour 'bez prądu', czyli będą brzmieć jak na płycie "MTV Unplagged" a zatem wyśmienice. Sprawdzać, zaznaczać w kalandarzu i widzimy się w Maximum pod koniec listopada :)

29 listopada - Łódź, Wytwórnia Toya Studios,

30 listopada - Kraków, Audytorium Maximum UJ

1 grudnia - Poznań, Aula Mickiewicza

7 grudnia - Warszawa, Sala Kongresowa

9 grudnia - Gdańsk, Filharmonia Bałtycka

3 grudnia - Zabrze, DMiT

15 grudnia - Wrocław, Teatr Capitol

  • Marysia Peszek wydała sobie nowa płytkę. Przesłuchałem tylko raz, ale wstępnie mogę rzec, że "Maria-Awaria" to krążek pozytywnie zboczony, bardziej zwariowany i jak najbardziej godny przesłuchania. Tacy ludzie ratują polską scenę muzyczną. Buy and enjoy!

  • Wyszła także nowa płyta bardzo ciekawego zespołu z SanFrancisco: Halou. Narazie jej nie posiadam, dlatego odsyłam do stronki, a szczególnie do kawałka "Seabright"

  • Na koniec dziele się piosenką pana pt. M.Ward, o którym nie wiem czemu napisałem kiedyś bardzo mało, mimo że jego muzyka naprawdę trafia w moje serce jak mało która. Odpokutuje w swoim czasie.

Szadi

piątek, 19 września 2008

The Herbaliser - Same As it Never Was





Zaczyna się dziwacznie, czujemy na plecach dreszcz i powiew słuchowej klaustrofobii, lekki niepokój , a nawet uczucie terapii na której dziwna postać powtarza nam w kółko to samo pytanie, zaczynamy sie pocić chcemy ucieć.
Tak się właśnie zaczyna tytułowa pozycja ''Same as it never comes" jest to na tyle dziwne że od uczucia zagubienia przechodzimy do poczucia euforii, kolejny przykład jak prosto można manipulowac i to bez potrzeby machania zegarkiem przed naszymi oczami.
Herbaliser to dwóch panów, kolegów, prekursorzy hip hopu w Wlk Brytanii, tylko żeby tutaj nikt nie pomylił pojęć bo to co tworzy teraz Jake Wherry i Ollie Teeba szeroko wykracza ponad płytkie horyzonty hip hopu, to tak w ramach sprostowania, są oni także jedną z głównych postaci wytwórni Ninja tune o której już nie raz wspominałem a warto to wspominać na okrągło.
Płyta , powiem na wstępie , jest całkiem inna niż poprzednie, przedewszystkim z 2 czlonków zrobilo sie 5, mała orkiestra, mniej sampli, więcej śpiewu, więcej melodii, więcej uczucia, więcej atmosfery , więcej słońca.
Bałem się rozczarowania, tak jak w wypadku nowej płyty Nightmares on wax, bałem się że ten pomysł może nie wypalić, bo oczywiste że nikt nie pobije Days to come bonoba, ale być może ktoś pokaże że można i da sie nagrać płytę inną niż milion innych, płytę z mnóstwem pomysłów, płytę ze smakiem, płytę naprawde kolorową, gdzie nr od 1 do 12 wprawia nas w inny nastrój, Samba, funk, nu jazz, i nawet dobry rap, wszystko na swoim miejscu.
Lubie czuć że artysta nagrał materiał w 100% taki jaki nagrać chciał, i uwieżcie, to słychać.


Tapczan


Iowa Super Soccer- Lullabies to keep your eyes closed

Polska wreszcie, jakieś 3 lata po tym jak na świat ogarnęła wielka fala indie-boom, zaczyna sie ogarniać i sama wydawać jakieś gównianie sztuczne indie bandy, same nie wiedzące kim do końca są i co mają grać. Pod prąd tym wszystkim Rentonom czy OutOfTune'om, płynie sobie spokojnie IowaSuperSoccer, pokazując że nagrywanie pod potrzeby kraju to stanięcie w jednym rzędzie z Feel'em.
ISC to kwintet z Mysłowic, który podbije wasze serca melancholijnymi kawałkami z akustykiem w roli głównej. Do tego dochodzą delikatne wiolonczelki, skrzypeczki i harmonijki, za mikrofonem zaś stoi pani Natalia i pan Michał. Podcza gdy Michał śpiewać nie do końca umie, Natalia robi to wyśmienice przez co wspaniale się uzupełniają, co daje bardzo miły dla ucha efekt w stylu Porter/Lipnicka, ale ISC i oni to dwie rózne bajki, oczywiście. Śpiewając o miłości, posługują się niestety tylko językiem angielskim. Szkoda, bo nie wierze, ze nie zmieściłaby się choć jedna z polskm tekstem. Nie zmienia to jednak faktu, ze płyta jest poruszająca i wierzyć się nie chce ze tak dobry materiał powstał w naszym kraju. Owacje na stojąco należą się tez za to, że Iowa nie wstydzi się grać muzyki spokojnej, mówięcej "nie" całemu temu mainstream'owemy syfowi. Martwi mnie tylko to czy Polska jest gotowa na taką muzykę, bo od tego zależy przyszłość formacji. Oby...

Szadi

niedziela, 14 września 2008

Late of The Pier - Fantasy Black Chanel


Plastik, kojarzy się z tandetą, czymś mało trwałym ,trudnym w utylizacji, wchodzącym w dziwne reakcje chemiczne, i śmierdzi przy spalaniu, dodatkowo dym jest drażniący na oczy, kapiąc może cos podpalic, czyli jak by nie patrzeć wiecej złego niz dobrego, ale i tutaj sa jego dobre strony bo plastik tak czy siak ma zastosowanie wszedzie i to w każdej dziedzinie, np klocki Lego.
Dlaczego mówie o plastiku ? bo plastik czuje tutaj, słuchajac tej płyty, i tak doskonale sie miesza i zmienia konsystęcje , kolor, zapach i nawet dym nie piecze w śluzówke.
Grajki z Late of the pier albo dobrymi chemikami , łaczą klasyczną tandete disco z dobrym rockendrollem, i to to w taki sposob ze albo nam tutaj nóżka poskacze albo paluszek polata, albo wstaniemy i zaczniemy udawac atak epilepsjii .
Najbardziej podobają mi się same początki piosenek, wstęp w stylu Last Christmas zespołu Wham, lekkie rozluźnienie a nagle gitara ala Led Zeppelin, sczerze mówiąc ta płyta pokazuje nam ze nawet tandete da sie jakos zutylizowac, ze disco też może byc na swój sposób dobre.
Jest też pare moim zdaniem felerów , felerem jest niewątpliwie zabardzo piszczący i sapiący głos wokalisty który w pewnych momętach robi sie niesmaczny, kolejna sprawa to niezbyt udane urozmaicenia w tepie, zmiana melodii która nie pasuje i gryzie sie, utwór psuje sie poprzez takie nieudolne rozwiązania.
Nie wiem dlaczego sporo ludzi wrzuca Late of the pier do jednego wora z Klaxons, czy Metronomy, jak dla mnei to obraza dla nich i napewno spora część ludzi niepodejdzie do nich powaznie widząc takie porównanie.
Tak czy siak ja tą płyte polecam i to całkiem serio.

Tapczan

piątek, 5 września 2008

Fleet Foxes- Fleet foxes

Dawno, naprawdę dawno nie byłem tak zafascynowany, pochłonięty jakąś nową płytą. Dawno żadnej tak często nie słuchałem, bo aż parę razy dziennie. Oto Fleet Foxes, znakomity debiut prosto z Seattle. Zgarniają same wysokie noty wśród NME, The Times, Guardian; nominowani są do płyty roku 2008. Ale wszystko po koleji.
Fleet Foxes to piątka +/- dwudziestolatków, którzy przechadzając się w roku 1930 po stepach, niedaleko swojego małego amerykańskiego miasteczka, wpadli w wir czasoprzestrzenny i wylądowali w naszych czasach. Wszyscy noszą zatem stare swetry i koszule, dłuższe włosy, długie brody, uwielbiają grać na pianinach, gitarach, mandolinach itp. i oczywiście śpiewać. I śpiew jest tu najmocniejsza stroną. Ciężko dziś o naprawdę dobry, mocny, niefałszujący wokal męski. A tu mamy takich aż 5. W piosenkach wszechobecna jest harmonia. Najczęściej oczywiście słyszymy frontmana czyli Robina Pecknolda, ale całe 40min nieodstepują od niego koledzy, tworząc chórki, harmonie, dueciki i inne ciekawe zabiegi. I wcale nie brzmi to jak jakieś kościelne przyśpiewki. Słuchając FleetFoxes, wyraźnie czuć, że wokalnie chłopcy czują sie naprawdę pewnie i są świadomi tego, że naprawde umieją śpiewać.
Cała płyta przenosi nas do czasów, z których lisy przybili. Lata trzydzieste, północna Ameryka, małe miasteczka, noce spędzone przy ognisku pod gołym niebem, kilkudniowe wyprawy po dziczy. Skromni muzycy, w swoich bardzo osobistych tekstach śpiewają o rodzinie i przyjaciołach, wplatając we wszystko zachody słońca, dziką przyrodę, domy na farmie i wszystko co może się z tym kojarzyć.
Niskie zatem pokłony proszę. Chłopaki nagrali płytę skromnie, w domowych warunkach, zero elektroniki, standardowe insrumenty, proste ale jakże przyjemne dla ucha melodie, nie bawią się w gwiazdy, czysta pasja i oddanie. Czego chcieć więcej. Pozostaje słuchać, zachwycać się FleetFoxes i czekać na nową płytę i... (tu powieniem napisać:"modlić się by sukces im do głów nie strzelił" ale jestem pewien że tak nie będzie) i słuchać i tyle! Oh Lord, Amen!



Szadi

wtorek, 2 września 2008

Max Richter- The blue notebooks

"Februrary the tenth, Sunday- noise...peace..."

Zastanawialiście sie kiedyś może wyglądać muzyka klasyczna XXI wieku? Max Richter to niemiecki kompozytor, pianista, który połączył tradycyjne dla muzyki klasycznej instrumenty z lekką, ale jakże wyszukaną elektroniką, dając w ten sposób odpowiedź na pytanie, bedące pierwszym zdaniem tej notatki. Niebieskie Notatniki nazwałbym neo-klasycznym minimalem. Mimo, że utwory są mało skomplikowane, bez jakiegoś szczególnego przesytu dźwiękowego, to całościowo tworzą coś niesamowitego. Wśród nostalgicznych duetów pianino-wiolonczelowych, uda się nam wychwycić śpiew ptaka, dźwięk pociągu albo samochodu a w niektóre utowry sprytnie została wpleciona recytacja wybranych fragmentów poezji Kawki i Miłosza (tak, tego Miłosza!) przez aktorkę Tildę Swindon na tle dźwieków maszyny do pisania. Biorąc wszystko do kupy mamy tu genialną płytę gdzie minimalnie użyte pianino, wiolonczela czy harfa połączone z subtelną, delikatną elektroniką, budują paradokslanie przyjemną atmosferę nostalgii i niepokoju. Malowanie dźwiekiem, odłączenie duszy od ciała, odłączenie ciała od świata. Zamknijcie zatem oczy i puście The Blue notebooks w pierwszy jesienny wieczór, który nadejdzie już niebawem...nie pożałujecie.

Szadi

poniedziałek, 1 września 2008

Kaki King -Dreaming of Revange


Ta płyta wpadła mi w ręce stosunkowo dawno temu, tylko nie potrafiłem jej odebrać odpowiednio poważnie, szczerze mówiąc wakacyjna aura sprzyja raczej myśleniu dość małostkowym i nikt nie chce zastrzyku smutki z gruba igłą po której parę dni będziemy chodzić dość obolali.
Ale z okazji takiej ze mamy wrzesien, miesiąc niezbyt lubiany w szczególnosci przez tych poniżej kryteriów zakupu alkoholu czy tytoniu , to pozwole sobie napisac pare słów o tej płycie, bo naprawde warto.
Kaki King , bo tak o dziwo brzmi jej prawdziwe imię i nazwisko , wydała płytę naprawdę sentymentalną, i nie trzeba tutaj władać biegłością języka angielskiego aby się o tym przekonać , bo to płyta w większości instrumentalna, płyty instrumentalne mają to do siebie ze są dość monotonne, tutaj na szczęście takiej sytuacji nie ma, bo płyta urozmaicona jest głosem pani King, aż smutne ze tak mało jej głosu, nie dość ze babka doskonale gra na instrumentach to na dodatek posiada piękny głos, to też czyni ta płytę wyjątkową.
Warto tez wspomniec o samym nagraniu płyty, bo nie powstała ona w porofesionalnym studio, gdzie miliony ludzi pracowało nad dzwiękiem, makijażem, dobrym humorem ,płyta w 100% to koncepcja artysty który dobrze wie co ma do powiedzenia i wie jak jego pomysł ma byc zrealizowany przez samego siebie.
Nie ma sensu wymieniać tutaj po kolei pozycji , która moim zdaniem piosenka lepsza, która godna która godniejsza, cały krążek jest idealny, wybieranie nie ma tutaj sensu.
Dreaming of revange umili wam czas, być może zabije dobry humor, nie posłuchacie jej sobie przy obiedzie , ale to jest w tym najpiękniejsze.